Parafia pw. św. Teresy od Dzieciątka Jezus w Grębocinie

Parafia pw. św. Teresy od Dzieciątka Jezus w Grębocinie

  • Nie jesteś zalogowany.

#1 2016-03-24 22:55:43

 xpacifer

Dobry Pasterz:)

8193431
Call me!
Skąd: Grębocin
Zarejestrowany: 2007-03-21
Posty: 1652
Punktów :   29 

ŚWIADECTWO PAWŁA odtwórcy roli Jezusa

Nasze (bo chyba mogę tak powiedzieć) Misterium to już dla mnie nierozerwalny element Świąt Zmartwychwstania Pańskiego, tak jak Msza Wieczerzy Pańskiej, Liturgia Męki Pańskiej, Wigilia Paschalna i Msza Rezurekcyjna. Wielki Tydzień nabiera dla mnie dzięki temu wydarzeniu jeszcze większego sensu i przeżyć wewnętrznych…. Ale to co stało się podczas tegorocznych przygotowań do najwspanialszych rekolekcji mojego życia, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

Czas rozpoczęcia przygotowań zbliżał się wielkimi krokami. Ja przygotowywałem się już mentalnie do kolejny raz odegrania roli Świętego Jana czy może któregoś z „bezimiennych” apostołów, ale Bóg miał dla mnie coś więcej. Telefon od ks. Pawła jak grom z jasnego nieba „Pawle zagrasz Jezusa?”. Jak rażony piorunem zdębiałem ale po chwili ciszy w słuchawce zgodziłem się. Po wszystkim jednak zaczął się bój z myślami. Czy dasz radę? Nie nadajesz się do tego… Po co się zgodziłeś? Pierwsze spotkanie dopiero po kilkunastu dniach od telefonu i ciągły bój z myślami „Powiedz księdzu, że nie zagrasz, nie podołasz” a z drugiej strony „Jest za późno, nie możesz zawieść ludzi którzy Ci zaufali i powierzyli taką odpowiedzialność”. Pierwsza próba z siostrą Faustyną, lektorski nawyk czytania/mówienia bez intonacji. Byłem coraz bardziej załamany. Poczułem potrzebę „omodlenia” tego wszystkiego z Duchem Świętym i zrozumiałem, że to szatan próbował mnie złamać, ale nie zwyciężył.

Im bliżej Świąt i samego Misterium tym bardziej czułem jak zmieniam się na lepsze. Praktycznie nigdy w życiu nie byłem z siebie zadowolony, zawsze uważałem, że wszystko robię nie tak… ale tym razem czułem inaczej, zaczynałem być z siebie wręcz dumny, początkowo myślałem, że to pycha, że grzeszę. Jednak otworzyłem Biblię przypadkowo tak na chybił-trafił na Ewangelii św. Marka 11, 24 i zrozumiałem, że rozmowa z Duchem Świętym przynosi owoce i to nie w postaci pychy tylko pomocy Ducha Pocieszyciela, któremu zawierzyłem wszystkie swoje wątpliwości i wahania.

Gdy minęły problemy natury psychologicznej, szatan postanowił zaatakować z drugiej cielesnej strony. Pierwsze próby ukrzyżowania i pierwsze kłopoty fizyczne, ręce zawodziły traciłem w nich czucie nie mogłem nimi ruszyć po zdjęciu z krzyża dopóki krew nie zaczęła ponownie płynąc z normalnym rytmie po powrocie z nienaturalnej pozycji. Jednak to ani trochę mnie nie wzruszyło, wierzyłem, że wszystko będzie dobrze, ani chwili nie zwątpiłem, szczególnie gdy widziałem jak najważniejsza dla mnie postać w tym Misterium również przechodzi cudowną metamorfozę. Z pełnej energii czasami agresji którą wyrzucała z siebie grając kobietę demaskującą  św. Piotra przy ognisku staje się kochającą, cichą i wyciszoną Matką Bożą, taką Matką Bożą jakiej ja w swojej roli potrzebowałem. Tą która przy moim pierwszym upadku podbiegnie i od której chociażby tylko ja nawet nie widzowie czy inni tylko ja usłyszę „Synku, jestem przy Tobie”. Tego potrzebowałem….

I w końcu nadszedł ten dzień, 23 marca 2016 roku, kolejna data która utkwi mi w pamięci…. MISTERIUM MĘKI PAŃSKIEJ! Od rana gdy tylko otworzyłem oczy nie mogłem się skupić na niczym innym. Ja już wtedy byłem wyłączony, nic do mnie nie docierało. Godziny mijały, przebrany zwarty i gotowy usłyszałem muzykę do pierwszej sceny. Ruszyłem, dialog ze Św. Siostrą Faustyną, nowy element Naszego Misterium tutaj wrócił zwykły ludzki lęk „Paweł to nie Biblia, pamiętaj o tekście, żebyś się tylko nie pomylił” czułem się trochę jak we wcześniejszych Misteriach gdzie np. jako Św. Jan miałem w głowie, nie tyle to, żeby przeżyć coś szczególnego ale żeby doprowadzić Matkę Bożą i Marię Magdalenę pod krzyż co wymagało przepychania się przez widzów. Gdy jednak rozpoczął się wjazd do Jerozolimy odłączyłem się całkowicie, słyszałem tylko muzykę, dialogi z apostołami podczas Ostatniej Wieczerzy, czułem się jakby wokoło nie było nikogo, choć w rzeczywistości widzowie napierali na ogrodzenia Naszego podestu do Ostatniej Wieczerzy…..

….Jednak właściwe przeżywanie Misterium zaczęło się dla mnie w Ogrodzie Oliwnym. Może potraktowałem tegoroczne Misterium samolubnie, nie wiem… nie potrafię tego rzetelnie sam ocenić, ale gdy zostawiłem Piotra, Jakuba i Jana przy ognisku i stanąłem sam oparty o drzewo, chwiejący się na nogach to zanim wydusiłem z siebie wszystkie moje przygotowane kwestie w odpowiedniej kolejności ujrzałem wszystkie swoje grzechy, wszystkie grzechy od tych lekkich aż po cięższe które do tej pory w swoim życiu popełniłem. Poczułem, że nie gram tylko, że naprawdę ból mnie przenika. Ból który miał charakter wstydu. Wstydziłem się przed Jezusem tego, że tak lekkomyślnie chciałem korzystać z Jego Zdroju Miłosierdzia. Jak mogłem tak grzeszyć? Owszem Bóg zbawił mnie dając się przybić do grzechów, grzechów wszystkich ludzi w tym do moich grzechów, do tych samych przez które Jezus pocił się krwawym potem i które ja teraz widziałem przed swoimi oczyma a które przybrały materialną postać drzewa krzyża…

Po tym wszystkim przyszła kolej na sponiewieranie przez żołdaków i faryzeuszy, rozmowa z Piłatem po której przywiązano mnie do pala i biczowano… Było dość zimno, bicze były mokre, ale ja nie czułem żadnego bólu choć żołnierzy rzymscy nie powstrzymywali przy każdym smagnięciu swoich rąk. Nie czułem bólu ponieważ znowu stanęły mi przed oczami moje grzechy i dotarło do mnie, że taka kara za nie, to raczej niewinne psoty aniżeli prawdziwa za nie kara. Nie sądziłem w tej chwili gdy byłem biczowany, że nawet gdyby żołnierze włożyli w to biczowania tyle sił ile tylko byliby w stanie z siebie wykrzesać to i tak byłoby za mało, żeby ukarać mnie za to jak zraniłem w swoim życiu wiele razy Boga…

Kolejne doświadczenie to droga krzyżowa…  Gdy rzucono mnie pod krzyż, zrozumiałem, że oto teraz obejmuje w dłoniach te wszystkie grzechy które widziałem w Ogrodzie Oliwnym i podczas biczowania. Te wszystkie ohydztwa które wyrządziłem Bogu, teraz obejmuje je i muszę je podźwignąć i przenieść aby mogło dokonać się ich oczyszczenie. Po drodze spotykałem Matkę dzięki której zrozumiałem, że nie jestem w tym bólu sam. Tak naprawdę na to spotkanie czekałem od chwili gdy dowiedziałem się, że odegram tą rolę. Wiedziałem, że to będzie niezwykłe przeżycie i potrzebowałem takiego wsparcia bo to nie była zwykła rola do odegrania i zapomnienia, że w ogóle takie coś w życiu się zrobiło.  Później spotkanie z Szymonem, który bierze krzyż na swoje barki chociaż tak naprawdę nie musiał tego robić i nikt nie miałby mu za złe gdyby jednak przeciwstawił się i poszedł dalej w swoją stronę. To pokazało mi, że jeśli nawet Jezus dwa tysiące lat temu potrzebował pomocy żeby zanieść grzechy całego świata na miejsce kaźni to co dopiero ja, prosty malutki człowieczek, mający w głowie to, że dźwigam swoje grzechy a nie rekwizyt Misteryjny muszę mieć pomoc w swojej męce. Dalej Weronika, która ociera mi twarz abym nie musiał iść na ślepo tylko mógł widzieć gdzie stawiam swoje stopy w każdym kolejnym kroku. Płaczące niewiasty przy których nie mam sił się podnieść.

I ostatni moment czyli Golgota… Leżąc i patrząc na mocowany przez żołnierzy krzyż pragnąłem już na nim zawisnąć. Nie z zimna, nie z chęci powrotu do domu, nie ze zmęczenia, ale z powodu pogodzenia się z tym, że czasu już nie cofnę i nie wymaże tych grzechów które popełniłem wcześniej. Pragnąłem tego, ponieważ dotarło do mnie, że mogę skorzystać z Bożego Miłosierdzia raz a porządnie, odrzucić to co złe dać się przymocować do moich poprzednich grzechów w postaci krzyża aby po zdjęciu mnie z niego już nie popełniać a przynajmniej starać się bo przecież tylko Jezus grzechów nie popełniał żyć w zgodzie z Bogiem.

Jednak to wszystko, ta „samolubna” Męką podczas tegorocznego Misterium przestała być „samolubną” w momencie gdy krzyż został podniesiony przez żołnierzy… wtedy przypomniały mi się słowa które wypowiedziałem do Św. Siostry Faustyny „Kiedy konałem na krzyżu nie myślałem o sobie, ale o biednych grzesznikach, i modliłem się do Ojca za nimi”… Ja także kiedy czekałem na kolejne sceny wisząc już na krzyżu i przeszywając wzrokiem widownie, której twarzy i tak nie widziałem przez oświetlenie odmówiłem w myślach za nich i za siebie modlitwę której nauczył nas Jezus Chrystus, którą myślę, że każdy z nas co dzień odmawia „Ojcze nasz, któryś jest w niebie…” i dotarło do mnie co to znaczy oddać życie za przyjaciół swoich…

Już na zakończenie wiem, że może to zabrzmieć dziwnie patrząc na to, że z Kościołem jestem od urodzenia, 11 lat służę Bogu jako ministrant w Naszej parafii, ale… ja podczas tegorocznego Misterium nawróciłem się! Zrozumiałem wiele odgrywając Mękę naszego Zbawiciela. Zrozumiałem to czego nie mógł pojąc Nikodem przychodząc do Jezusa nocą. W tym roku ja czuję wewnętrznie, że odrodziłem się na nowo! Ale nie dokonałoby się to bez wszystkich uczestniczących i zaangażowanych w przygotowanie tego Misterium! Dziękuję Wam Kochani za ten cudowny czas!!!!!

Szczególnie chciałem podziękować księdzu Pawłowi za obdarzenie mnie zaufaniem i powierzenie mi tegorocznej roli. Ksiądz jest naprawdę wielki i bardzo silnie związany z Panem Bogiem! Indywidualne podziękowania należą się ode mnie także Matce Bożej. Kasiu powiedziałaś do mnie podczas całego Misterium jedno zdanie „Synku, jestem przy Tobie” i to było zdanie na które czekałem od momentu ubrania się w strój tego dnia i zarazem zdanie, które pozwoliło mi przeżyć tak jak przeżyłem i dokończyć Misterium z uśmiechem w sercu.


Miłość to wierność wyborowi!!

Offline

 
spotkanie Taize

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
pełen artykuł