#31 2008-01-09 10:01:59

Mysz

Owieczka

5861272
Skąd: Papowo Toruńskie
Zarejestrowany: 2007-09-29
Posty: 373
Punktów :   

Re: OSKAR I PANI RÓŻA

OSOBY UMIERAJĄCE DOSKONALE ZDAJĄ SOBIE SPRAWĘ ,ŻE UMIERAJĄ NAWET TE MALUTKIE . TAK ALE ROZMOWA TA POWINNA BYĆ DOSTOSOWANA DO WIEKU ,MAŁE DZIECI SĄ BARDZO  WYCZULONE NA PRAWDĘ  I CHOROBĘ  I NIE TYLKO SWOJĄ . Z NASZEGO ZACHOWANIA POTRAFI ODCZYTAĆ ŻE COŚ JEST NIE TAK , KAŻDEMU NALEŻY SIĘ PRAWDA ,ALE UBRANA W ODPOWIEDNIE SŁOWA .

Offline

 

#32 2008-01-16 13:08:20

 xpacifer

Dobry Pasterz:)

8193431
Call me!
Skąd: Grębocin
Zarejestrowany: 2007-03-21
Posty: 1652
Punktów :   29 

Re: OSKAR I PANI RÓŻA

C.D.


-Ciociu Różo, dlaczego nikt mi nie mówi, że umrę?
Spogląda na mnie. Czy zachowa się tak, jak wszyscy? Proszę Cię, Dusicielko z Langwedocji, wytrzymaj, nie zatykaj uszu!
-Czemu chcesz, żeby Ci mówiono, skoro sam wiesz, Oskarze?
Uff, usłyszała.
-Wydaje mi się Ciociu, że oni chcieliby widzieć ten szpital innym, niż naprawdę jest. Jakby człowiek przychodził do szpitala tylko po to, żeby wyzdrowieć. A przecież przychodzi się tutaj także po to, żeby umrzeć.
-Masz rację Oskarze. Myślę zresztą, że ten błąd popełnia się w stosunku do życia w ogole. Zapominamy, że życie jest kruche, delikatne, że nie trwa wiecznie. Zachowujemy się wszyscy, jakbyśmy byli nieśmiertelni.
-Moja operacja się nie udała Ciociu Różo?
Ciocia nie odpowiedziała. To był jej sposób na to, żeby powiedziec tak. Kiedy już była pewna, że zrozumiałem, podeszła do mnie i szepnęłą błagalnym tonem:
-Oczywiście niczego Ci nie mówiłam. Przysięgasz?
-Przysięgam.
Przez chwilkę nic nie mówiliśmy, żeby przetrawić te wszystkie  nowe myśli.
-A może napisałbyś list do Pana Boga, Oskarze?
-Och nie, ty też Ciociu Różo?
-Co ja też?
-Myślałem, że nie jesteś kłamczuchą.
-Ale ja wcale nie kłamię.
-To czemu mówisz mi o Panu Bogu? Dałem się już nabrać na świętego Mikołaja. To mi wystarczy, dziękuję!
-Oskarze, Pan Bóg i Mikołaj, który odwiedza nasze domy nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego.
-Owszem. Na jedno wychodzi. Zwykła propaganda!
-Myślisz, że ja, była zapaśniczka, sto sześćdziesiąt wygranych meczy na 165 odbytych, z czego 43 przez nokaut, Dusicielka z Langwedocji, mogłabym choć na sekundę uwierzyć w Mikołaja?
-Nie.
-A w Boga wierzę. Wyobraź sobie.
Jasne, że to zmieniało postać rzeczy.
- A niby po co, miąłbym pisać do Pana Boga?
-Może poczułbyś się mniej samotny?
-Mniej samotny z kimś kto nie istnieje?
-Spraw, żeby istniał.
Pochyliła się w moją stronę.
-Za każdym razem, kiedy w Niego uwierzysz, będzie trochę bardziej istniał. Jeśli się uprzesz, zacznie istnieć na dobre. I wtedy Ci pomoże.
-Co mogę Mu napisać?
-Podziel się z Nim swoimi myślami. Myśli, których się nie zdradza, ciążą nam, zagnieżdżają się, paraliżują nas, nie dopuszczają nowych i w końcu zaczynają gnić. Staniesz się składem starych, śmierdzących myśli, jeśli ich nie wypowiesz.
-OK.
-Poza tym możesz co dzień poprosić Go o jedną rzecz. Ale uwaga! Tylko o jedną!
-To ten Twój Bóg jest do niczego. Aladyn mógł prosić lampę o spełnienie aż 3 życzeń.
-Jedno życzenie dziennie, to chyba lepiej niż 3 przez całe życie, nie uważasz?
-OK. To mogę go o wszystko prosić? O zabawki, cukierki, samochód...?
-Nie, Oskarze! Bóg to nie Mikołaj. Możesz Go prosić o sprawy duchowe.
-Na przykład?
-Na przykład o odwagę, o cierpliwość, o zrozumienie...
-OK. Rozumiem.
-Możesz też Oskarze prosić Go o różne rzeczy potrzebne dla innych.
-Jedno życzenie dziennie Ciociu Różo, no to bez przesady, najpierw pomyłśę o sobie!
No a więc Panie Boże, w tym pierwszym liście opisałem Ci trochę, jak mi się żyje w tym szpitalu, gdzie patrzą na mnie jak na przeszkodę dla medycyny, i chciałbym Cię prosic o wyjasnienie: czy wyzdrowieję? Odpowiedz mi tak lub nie. To nie jest skomplikowane. Tak lub nie. Niepotzrebne skreslic

                                                                        No to do jutra, całusy.
                                                                                              OSKAR
ps. Nie mam Twojego adresu. Co robić?




C.D.N.



A Ty? Kiedy ostatni raz napisałeś list do Pana Boga?? A może gromadzisz w sobie swoje myśli?? Może czas sprawić, by Bóg zaczął coraz bardziej istnieć w Twoim  i moim życiu???






pozdrawiam


Miłość to wierność wyborowi!!

Offline

 

#33 2008-01-16 20:23:51

 Bunia

Promotorka kultury

597246
Skąd: Grębocin
Zarejestrowany: 2007-03-23
Posty: 1176
Punktów :   20 

Re: OSKAR I PANI RÓŻA

xpacifer napisał:

A Ty? Kiedy ostatni raz napisałeś list do Pana Boga??

... ostatnio i po raz pierwszy na kursie Emaus rok temu. Ale mogliśmy napisać aż trzy życzenia . Rzeczywiście piękna i ciekawa taka forma zwracania sie do naszego Pana - najlepszego i najwierniejszego  Przyjaciela. Bóg napisał do nas przecież przepiękny i bardzo długi list, można nawet chyba powiedzieć list miłosny   - Biblię. Mam nadzieję, że uda mi się przeczytać go kiedyś w całości. A może i odważę się napisać i do Boga list? Choć On i tak bardzo dobrze, jak nikt inny zna moje serce.....


xpacifer napisał:

Nie mam Twojego adresu. Co robić?

To niesamowite, ale w książce " Myśli na każdy dzień" Jana Twardowskiego, którą dostałam od mojego ukochanego rodzeństwa akurat pod dzisiejszą datą jest myśl o adresie do Pana Boga. Czy to tylko zbieg okoliczności? Zacytuję go Wam.

"Gdzie mieszkasz? Zapytali kiedyś uczniowie Jezusa. Odpowiedział; "Chodżcie, a zobaczycie" - to znaczy zaprosił ich do siebie, aby wzięli udział w Jego życiu. Chodźcie i zobaczycie, jak mieszkam, dokąd wędruję, czego uczę, dlaczego cierpię, dlaczego kocham.
Zaproszenie do udziału w życiu Pana Jezusa.
Właściwie nie ważne, gdzie On mieszka. Jeżeli ktoś poda mi prywatny adres i powie, że mieszka przy ul.Marszałkowskiej pod jakimś numerem, to jeszcze nic mi o sobie nie mówi. Jeśli jednak da mi udział w swoim życiu w taki sposób, abym mógł z nim razem żyć, żyć jego radościami, smutkami wtedy go poznam....."

Ostatnio edytowany przez Bunia (2008-01-16 23:00:54)


Kochaj i czyń, co chcesz.

Offline

 

#34 2008-01-26 10:08:11

Calineczka

Poetka Duszy

Zarejestrowany: 2007-03-24
Posty: 1781
Punktów :   31 

Re: OSKAR I PANI RÓŻA

Tak odnośnie listu do Pana Boga.... to właśnie wpadł mi w ręce taki jeden, nie mój .... ale teraz to czemu nie?  myślę, ze nasza śpiewająca ekipa Wspólnoty  go zna.... bowiem jest to tekst jednej z piosenek harcerskich ...

Drogi Boże, piszę chociaż tylko kilka słów
Innym razem napiszę więcej
Na początku życzę Ci wszystkiego dobrego
I pozdrawiam Cię najgoręcej
Tak się jakoś złożyło, że nie miałem okazji
Podziękować za list coś mi przysłał
Miałam wiele pracy, wiele nauki
Także piszę dopiero teraz.

Ref.
U mnie wszystko jak dawniej
Tylko jeden samobójca więcej
Tylko jedna znów rodzina rozbita
Tylko… a życie pędzi coraz prędzej.
Gdzieś tam obok rozbił się samolot
Trochę dalej trzęsła się ziemia.
Kiedy patrzę na to wszystko
Tak jak dziś, tak jak dziś…
U mnie wszystko jak dawniej
Tylko świat jest mniej kolorowy,
Tylko życie pędzi coraz prędzej,
Tylko ludzie szybciej tracą głowy.
Gdzieś obok rozbił się samolot,
Trochę dalej trzęsła się ziemia
Kiedy patrzę na to wszystko,
Tak jak dziś…


Tak w ogóle, to przepraszam Cię bardzo
Za to, że tak długo milczałam,
Lecz dopiero teraz zaczynam doceniać
Biblię, która mi przysłałeś.
Tak niedawno odszedł ode mnie przyjaciel,
Z którym tak wiele mnie łączyło
I dopiero teraz zaczynam rozumieć,
Czym jest życie i prawdziwa miłość.

Ref.
U mnie wszystko jak dawniej...

Daj mi znak jak mogę odwdzięczyć się Tobie
Za to wszystko co dla mnie zrobiłeś.
Za zbawienie, za życie, za opiekę, za Biblię
Za Jezusa, którego poświęciłeś...
Myślę, że nie dasz długo czekać na siebie
I, że przyjdziesz do mnie niebawem.
Teraz kończę ten mój krótki list,
Trochę więcej napiszę innym razem.

Ref.:
U mnie wszystko jak dawniej...



Miłość mi wszystko wyjaśniła, Miłość wszystko rozwiązała -
dlatego uwielbiam tę Miłość, gdziekolwiek by przebywała...


http://youtu.be/TgdF5mw9ea8

Offline

 

#35 2008-02-07 12:18:26

 xpacifer

Dobry Pasterz:)

8193431
Call me!
Skąd: Grębocin
Zarejestrowany: 2007-03-21
Posty: 1652
Punktów :   29 

Re: OSKAR I PANI RÓŻA

Hmmm... moi Drodzy!!!
Kolędowy czas minął, więc pora zabrac się do pracy i nadrabic zaległości


więc oto kolejna dawka listów Oskara do Pana Boga...


Szanowny Panie Boże!

Brawo! Jesteś bardzo mocny! Nie zdążyłem jeszcze wysłac listu, a Ty już dajesz odpowiedź. Jak Ty to robisz?
Dziś rano w świetlicy grałem w szachy z Einsteinem, kiedy Pop Corn przyszedł mnie uprzedzic.
-Przyjechali Twoi rodzice.
-Moi rodzice? Niemożliwe. Przyjeżdżają tylko w niedziele.
-Widziałęm samochód, czerwonego jeepa z białą plandeką.
-Niemożliwe.
    Wzruszyłem ramionami i dlaej grałem z Einsteinem. Ale głowę miałem zajętą i Einstein zabierał mi wszystki pionki, co mnie jeszcze bardziej rozdrażniało. A mówimy na niego Einstein nie dlatego, że jest inteligentny, ale dlatego, że ma dwa razy większą głowę. Podobno w środku jest woda. Szkoda, bo gdyby to był mózg, Einsein pewnie dokonałby wielkich rzeczy.
    Przerwałem grę, kiedy zorientowałem się, że przegram, i poszedłem za Pop Cornem do sali wychozącej na parking. Miał rację... przyjechali moi rodzice.
    Trzeba Ci wiedziec Panie Boże, że mieszkamy daleko stąd. Kiedy sam tam mieszkałem, nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale teraz, kiedy już tam nie mieszkam, uważam, że to naprawdę daleko. Dlatego też rodzice odwiedzają mnie tylko w niedzielę, ponieważ w niedzielę nie pracują, ja zreszta też nie.
-Widzisz, że miałem rację-powiedział Pop Corn-co mi dasz za to, że Cię uprzedziłem?
-Mam czekoladę z orzechami.
-Nie masz już galaretek truskawkowych?
-Nie
-No to niech będzie czekolada.
Oczywiście nie wolno nam dawac jedzenia Pop Cornowi, bo jest tutaj po to, żeby schudnąc. 98 kilo wagi w wieku 9lat przy 110 cm wzrostu i 110 cm szerokości! Jedyne ubranie w które się miesci cały, to amerykańska koszulka do gry w polo. A i tak paski cierpią na chorobę morską. A ponieważ ani ja, ani żaden z kolegów nie wierzymy, że kiedyś przestanie byc gruby i żal nam go, bo wciąż chce mu się jesc, dajemy mu różne resztki. Co to jest jedna mała czekoladka w porównaniu z taką górą sadła? Jesli źle robimy, to niech pielegniarki też przestaną wpychac w niego czopki!
    Wróciłem do pokoju i czekałem an rodziców. Z poczatku nie zawałem sobie sprawy z upływu czasu, bo byłęm strasznie zdyszany, potem uswiadomiłem sobie że 15 razy zdążyliby już do mnie przyjśc. Nagle domyśliłem się gdzie są... wymknąłem się na korytarz. Kiedy nikt nie widział, zszedłem po schodach, a potem w półmroku dotarłem do gabinetu doktora Dusseldorfa.
Bingo! Byli tam. Ponieważ zmęczyłem się schodzeniem, postanowiłem zanim otworzę drzwi poczekac kilka sekund, aż serce przestanie mi walic. I wtedy się wszystko wydało. Usłyszałem to, czego nie powienienem był usłyszec. Moja matka szlochała, doktor Dusseldorf powtarzał: "Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, prosze uwierzyc", a ojciec odpowiadał zdławionym głosem: "Nie wątpię, doktorze, nie wątpię".
Stałęm z uchem przytkniętym do żelaznych drzwi. Nie wiem, co było zimniejsze, metal, czy ja. Potem doktor Dusseldorf zapytał:
-Czy chcecie go państwo ucałowac?
-Nie będę miała odwagi- powiedziała moja mama.
-Nie powinien widziec nas w takim stanie-powiedział tata.
I wtedy zrozumiałem, że moi rodzice  to tchórze. Gorzej: tchórze, którzy biora mnie za tchórza!!!



C.D.N


Miłość to wierność wyborowi!!

Offline

 

#36 2009-04-27 16:48:51

sprężynka

Owieczka

859392
Skąd: Budziszewo/Grębocin
Zarejestrowany: 2009-03-15
Posty: 124
Punktów :   

Re: OSKAR I PANI RÓŻA

Zainspirowana przez ten wątek, a właściwie przez fragmenty tej opowieści postanowiłam przeczytać Oskara i panią Różę do końca, dorwałam książkę w bibliotece i przeczytałam ...jeśli nikt nie ma przeciwko to będę kontynuować ten wątek, bo widzę, że został on zapomniany;)

C.D.

   Z gabinetu dobiegł odgłos przesuwanych krzeseł, więc domyśliłem się,że zaraz wyjdą i otworzyłem najbliższe drzwi.
   W ten sposób znalazłem się w szafie na szczotki, gdzie spędziłem resztę przedpołudnia, bo nie wiem czy Ci wiadomo, Panie Boże, że szafy na szczotki można otworzyć od zewnątrz, ale nie od wewnątrz, jakby bano się, że w nocy szczotki, kubły i szmaty do podłogi stamtąd prysną!
  W każdym razie nie przeszkadzało mi, że siedzę zamknięty w ciemnościach, bo nie miałem ochoty nikogo oglądać, a po tym, co usłyszałem, ręce i nogi odmawiały mi posłuszeństwa.
  Koło południa poczułem, że piętro wyżej powstało niezłe poruszenie. Słychać było kroki, gonitwy. Potem zaczęto wykrzykiwać moje imię.
  - Oskar! Oskar!
  Dobrze mi to robiło, kiedy słyszałem jak mnie wołają i nie odpowiadałem. Miałem ochotę zrobić na złość całemu światu.
  Później chyba się trochę zdrzemnąłem, a potem rozpoznałem odgłos szurających drewniaków sprzątaczki, pani N'da. Otworzyła drzwi i wtedy naprawdę się siebie przestraszyliśmy, oboje wrzasnęliśmy bardzo głośno, ona, bo nie spodziewała się mnie tutaj znaleźć, ja, bo nie pamiętałem, że jest taka czarna. Ani, że tak głośno krzyczy.
  No i powstało niesamowite zamieszanie. Zbiegli się wszyscy, doktor Dusseldorf, przełożona pielęgniarek, dyżurne pielęgniarki, reszta sprzątaczek. Myślałem, że na mnie nakrzyczą. Ale oni czuli się nieswojo i zorientowałem się, że trzeba szybko wykorzystać sytuację.
  - Chcę, żeby przyszła ciocia Róża.
  - Gdzieś ty się podziewał, Oskarze? Jak się czujesz?
  - Chcę, żeby przyszła ciocia Róża.
  - Jak znalazłeś się w tej szafie? Poszedłeś za kimś? Słyszałeś coś?
  - Chcę, żeby przyszła ciocia Róża.
  - Napij się wody.
  - Nie. Chcę, żeby przyszła ciocia Róża.
  - Zjedz kawałek...
  - Nie. Chcę, żeby przyszła ciocia Róża.
  Granit. Skała. Beton. Żadnej dyskusji. Nie słuchałem nawet, co do mnie mówiono. Chciałem, żeby przyszła ciocia Róża.
  Doktorowi Dusseldorfowi najwyraźniej głupio było wobec kolegów, że nie ma na mnie żadnego wpływu. W końcu się złamał.
  - Niech ktoś pójdzie po tą panią!
  Wtedy zgodziłem się odpocząć i przespałem się trochę w swoim pokoju.
  Kiedy się obudziłem, ciocia Róża już była. Uśmiechała się. [...]



C.D.N.


"Pan jest blisko skruszonych w sercu i wybawia złamanych na duchu." / "...dla tej miłości warto żyć..."

Offline

 

#37 2009-04-28 11:00:55

 xpacifer

Dobry Pasterz:)

8193431
Call me!
Skąd: Grębocin
Zarejestrowany: 2007-03-21
Posty: 1652
Punktów :   29 

Re: OSKAR I PANI RÓŻA

Tak trzymać!!!
Zastanawiałem się, kiedy ktoś podejmie dalej to działanie
brawo


Miłość to wierność wyborowi!!

Offline

 

#38 2009-05-01 11:45:27

sprężynka

Owieczka

859392
Skąd: Budziszewo/Grębocin
Zarejestrowany: 2009-03-15
Posty: 124
Punktów :   

Re: OSKAR I PANI RÓŻA

C.D.

  - Brawo, Oskarze, dobra robota. Dałeś im niezłego prztyczka. Ale skutek tego jest taki, że teraz mi zazdroszczą.
  - Mamy to gdzieś.
  - To dobrzy ludzie, Oskarze. Bardzo dobrzy.
  - Mam to gdzieś.
  - Co się stało?
  - Doktor Dusseldorf powiedział moim rodzicom, że umrę, a oni uciekli. Nienawidzę ich.
  Opowiedziałem jej wszystko za szczegółami, jak Tobie, Panie Boże.
  - Hmm - powiedziała ciocia Róża - to przypomina mi turniej w Bethune, spotkanie z Sarą oliwą, węgorzycą ringu, akrobatką, która biła się prawie naga i wyślizgiwała ci się z rąk, kiedy próbowałeś założyć jej jakiś chwyt. Walczyła tylko w Bethune i co roku zdobywała puchar Bethune. Ależ ja miałam ochotę na ten puchar!
  - I co zrobiłaś, ciociu?
  - Moi znajomi sypnęli na nią mąką, kiedy wchodziła na ring. Oliwa plus mąka, powstała piękna panierka. Raz dwa trzy powaliłam na ziemię słynną Sarę Bum Bum. Potem nie nazywano już jej węgorzycą ringu, ale panierowaną flądrą.
  - Nie gniewaj się, ciociu, ale nie widzę związku.
  - Ja widzę go bardzo dobrze. Zawsze jest jakieś rozwiązanie, Oskarze, zawsze jest gdzieś jakiś worek mąki. Powinieneś napisać do Pana Boga, on jest lepszy ode mnie.
  - Nawet w zapasach?
  - Tak. Nawet w zapasach Pan Bóg jest najlepszy. Spróbuj, Oskarku. Co cię najbardziej boli?
  - Nienawidzę moich rodziców.
  - To nienawidź ich z całej siły.
  - Ty mi to mówisz, ciociu Różo?
  - Tak, nienawidź ich z całej siły. To będzie tak, jakbyś miał kość do ogryzania. Kiedy już skończysz ją ogryzać zobaczysz, że nie było warto. Opowiedz o tym wszystkim Panu Bogu w liście i poproś Go żeby cię odwiedził.
  - On się przemieszcza?
  - Na swój sposób. Nieczęsto. Nawet bardzo rzadko.
  - Dlaczego? On też jest chory?
  Westchnęła i zrozumiałem: nie chciała mi powiedzieć, że Ty też, Panie Boże nie jesteś w najlepszej formie.
  - Rodzice nigdy nie mówili Ci o Bogu, Oskarze?
  - Daj spokój. Moi rodzice są głupi.
  - Oczywiście. Ale czy nigdy nie mówili ci o Bogu?
  - Owszem. Raz. Żeby powiedzieć, że w niego nie wierzą. Wierzą tylko w Świętego Mikołaja.
  - Są aż tak głupi, Oskarku?
  - Nawet sobie nie wyobrażasz! Kiedy raz wróciłem ze szkoły i powiedziałem, żeby przestali się wygłupiać, bo wiem, jak wszyscy koledzy, że Święty Mikołaj nie istnieje, wyglądali jakby spadli z księżyca. A ponieważ byłem wściekły, bo w szkole wyszedłem na idiotę, zaczęli się zaklinać, że wcale nie chcieli mnie oszukać, że sami głęboko wierzyli w Świętego Mikołaja i są okropnie zawiedzeni, naprawdę okropnie zawiedzeni, dowiadując się, że to nieprawda! Kompletni debile, sama przyznasz!
  - Więc nie wierzą w Boga?
  - Nie.
  - I to cię nie zdziwiło?
  - Jeżeli będę zajmował się tym, co myślą głupcy, to nie będę miał czasu na to, o czym myślą ludzie inteligentni.
  - Masz rację. Ale właśnie fakt, że twoi rodzice, którzy według ciebie są głupi...
  - Tak. Głupi jak stołowe nogi, ciociu Różo!
  - Więc skoro twoi rodzice, którym nie ufasz, w niego nie wierzą, czemu ty nie miałbyś uwierzyć i poprosić go o odwiedziny?
  - Zgoda. ale sama mówiłaś, że jest obłożnie chory...
  - Nie. Ma tylko bardzo specyficzny sposób składania wizyt. Odwiedza cie w myślach. W duchu.
  To mi się spodobało. To było naprawdę super. Ciocia Róża dodała:
  - Zobaczysz: jego odwiedziny bardzo pomagają.
  - O.K. Wspomnę mu o tym. Ale jak na razie, najbardziej pomagają mi twoje odwiedziny. [...]  C.D.N.


"Pan jest blisko skruszonych w sercu i wybawia złamanych na duchu." / "...dla tej miłości warto żyć..."

Offline

 

#39 2009-05-08 16:47:51

Calineczka

Poetka Duszy

Zarejestrowany: 2007-03-24
Posty: 1781
Punktów :   31 

Re: OSKAR I PANI RÓŻA

O.K.  ...  a ja cierpliwie czekam części dalszej....


Miłość mi wszystko wyjaśniła, Miłość wszystko rozwiązała -
dlatego uwielbiam tę Miłość, gdziekolwiek by przebywała...


http://youtu.be/TgdF5mw9ea8

Offline

 

#40 2009-05-09 13:55:49

sprężynka

Owieczka

859392
Skąd: Budziszewo/Grębocin
Zarejestrowany: 2009-03-15
Posty: 124
Punktów :   

Re: OSKAR I PANI RÓŻA

Z racji tego, że nasza kochana Calineczka nie może już się doczekać kolejnych fragmentów oto i one

C.D.

   Ciocia Róża się uśmiechnęła i nieśmiało schyliła się, żeby mnie pocałować w policzek. Bała się to zrobić. Wzrokiem pytała mnie o pozwolenie.
   - No już! Pocałuj mnie. Nikomu nie powiem. Nie będę psuł twojej reputacji byłej zapaśniczki.
   Dotknęła wargami mojego policzka i zrobiło mi się bardzo przyjemnie: czułem ciepło, drobne igiełki, zapach pudru i mydła.
   - Kiedy znowu przyjdziesz?
   - Mogę przychodzić tylko dwa razy w tygodniu.
   - No co ty, ciociu! Mam czekać aż trzy dni?
   - Takie są przepisy.
   - Kto ustanawia przepisy?
   - Doktor Dusseldorf.
   - Doktor Dusseldorf teraz robi w majtki, jak mnie zobaczy. Idź i poproś go o pozwolenie, ciociu. Mówię poważnie.
   Spojrzała na mnie z wahaniem.
   - Mówię poważnie. Jeśli nie będziesz mnie codziennie odwiedzać, nie będę pisał do Pana Boga.
   - Spróbuję.
   Ciocia Róża wyszła, a ja się rozpłakałem.
   Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo potrzebuję pomocy. Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo jestem chory. Zrozumiałem to dopiero, kiedy pomyślałem, że więcej nie zobaczę cioci Róży, i teraz to wszystko wypływało ze mnie łzami, które paliły mi policzki.
   Na szczęście miałem trochę czasu, żeby wziąć się w garść, zanim wróci.
   - Załatwione. Mam pozwolenie. Przez dwanaście dni będę mogła codziennie cię odwiedzać.
   - Mnie i nikogo poza mną?
   - Ciebie i nikogo poza tobą, Oskarze. Dwanaście dni.
   Wtedy nie wiem, co mi się stało, łzy znowu napłynęły i zaczął wstrząsać mną płacz. A przecież wiem, że chłopcy nie powinni się mazać, a już szczególnie ja z moją głową w kształcie jaja, która nie przypomina ani chłopca, ani dziewczynki, a raczej Marsjanina. Nic z tego, nie mogłem przestać.
   - Dwanaście dni? Czy jest aż tak źle, ciociu Różo?
   Jej też zbierało się na płacz. Wahała się. Była zapaśniczka nie pozwalała byłej dziewczynce się rozkleić. Fajnie to wyglądało i miałem trochę rozrywki.
   - Jaki dziś dzień, Oskarze?
   - Co za pytanie! Nie widzisz mojego kalendarza? Dzisiaj jest dziewiętnasty grudnia.
   - W moim kraju, jest taka legenda, która mówi, że z ostatnich dwunastu dni roku można odgadnąć pogodę, jaka będzie panowała przez dwanaście miesięcy nadchodzącego roku. Dziewiętnasty grudnia odpowiada styczniowi, dwudziesty grudnia to luty, i tak dalej, aż do trzydziestego pierwszego, który zapowiada grudzień następnego roku.
   - I to jest prawda?
   - To jest legenda. Legenda o dwunastu proroczych dniach. Chciałabym, żebyśmy się w coś takiego pobawili. A zwłaszcza ty. Od dzisiaj będziesz bacznie obserwował każdy dzień, mówiąc sobie, że ten dzień to jakby dziesięć lat.
   - Dziesięć lat?
   - Tak. Jeden dzień to dziesięć lat.
   - Więc za dwanaście dni będę miał sto trzydzieści lat!
   - Tak. Wyobrażasz sobie?
   Ciocia Róża mnie pocałowała – czuję że jej się to spodobało – i poszła sobie.
   Więc widzisz, Panie Boże: dziś rano się urodziłem i nawet się nie zorientowałem; dotarło to do mnie gdzieś około południa, kiedy miałem pięć lat, zyskałem większą świadomość, lecz nie przyniosła mi ona dobrych nowin; dziś wieczór kończę dziesięć lat, wiek rozumu. Korzystam z tego, żeby Cię prosić o jedną rzecz: jeśli masz mi coś do przekazania, tak jak dzisiaj w południe, na moje piąte urodziny, nie bądź taki brutalny. Dziękuję.


                                                                                               Do jutra, całusy,
                                                                                                          Oskar.

   PS: Chciałbym Cię o coś prosić. Wiem, że mam prawo tylko do jednego życzenia, ale to ostatecznie to nie było życzenie, bardziej rada.
   Nie miałbym nic przeciwko małym odwiedzinom. Takiej wizycie duchowej. To mi się wydaje super. Chciałbym, żebyś mi taką wizytę złożył. Jestem otwarty od ósmej rano do dziewiątej wieczór. Przez resztę czasu śpię. W ciągu dnia zresztą też zdarza mi się zdrzemnąć, z powodu lekarstw. Gdybyś mnie zastał śpiącego, nie wahaj się mnie obudzić. Byłoby głupio, gdybyśmy się nie spotkali z powodu jednej minuty, nie uważasz?

Ostatnio edytowany przez sprężynka (2009-05-09 13:56:40)


"Pan jest blisko skruszonych w sercu i wybawia złamanych na duchu." / "...dla tej miłości warto żyć..."

Offline

 

#41 2009-05-10 16:26:56

Calineczka

Poetka Duszy

Zarejestrowany: 2007-03-24
Posty: 1781
Punktów :   31 

Re: OSKAR I PANI RÓŻA

Dziękuję bardzo, Kochana Sprężynko

A tak w nawiazaniu do tej jednej minuty, to... czy wiecie , że:

Aby poznać wartość jednego roku, zapytaj studenta, który odpadł w egzaminach końcowych.

Aby poznać wartość jednego miesiąca, porozmawiaj z matką, która za wcześnie urodziła dziecko.

Aby poznać wartość jednego tygodnia, porozmawiaj z wydawcą tygodnika.

Aby poznać wartość jednej godziny, spytaj zakochanych, którzy czekają na to, aby się zobaczyć.

Aby poznać wartość jednej minuty zapytaj kogoś, kto spóźnił się na swój pociąg, autobus lub samolot.

Aby poznać wartość jednej sekundy, porozmawiaj z kimś, kto przeżył wypadek.

Aby poznać wartość jednej milisekundy, zapytaj kogoś, kto podczas igrzysk olimpijskich zdobył srebrny medal

Czas na nikogo nie czeka.
Zbieraj wszystkie chwile, które pozostają, ponieważ są tego warte.
Dziel je z wyjątkowym człowiekiem, a one będą jeszcze bardziej wartościowe!!!

( autor nieznany)


Miłość mi wszystko wyjaśniła, Miłość wszystko rozwiązała -
dlatego uwielbiam tę Miłość, gdziekolwiek by przebywała...


http://youtu.be/TgdF5mw9ea8

Offline

 

#42 2009-05-16 22:29:53

sprężynka

Owieczka

859392
Skąd: Budziszewo/Grębocin
Zarejestrowany: 2009-03-15
Posty: 124
Punktów :   

Re: OSKAR I PANI RÓŻA

C.D. Dzisiaj taki troszkę dłuuższy fragment miłego czytania

Szanowny Panie Boże,
Dzisiaj przeżyłem wiek młodzieńczy i nie obeszło się bez kłopotów. Co za historia! Miałem przejścia z kumplami, z rodzicami, a wszystko z powodu dziewczyn. Dziś wieczór cieszę się, że mam dwadzieścia lat, bo myślę sobie, że uff, najgorsze mam już za sobą. Dojrzewanie to jest naprawdę syf! Dobrze, że przechodzi się przez to tylko raz!
Na początku, Panie Boże, zawiadamiam Cię, że nie przyszedłeś.
Spałem dziś bardzo mało przez te wszystkie problemy wieku dojrzewania, więc na pewno bym Cię nie przegapił. Poza tym jeszcze raz Ci powtarzam:, jeżeli kimam, potrząśnij mną.
Kiedy się obudziłem, ciocia Róża już była. Podczas śniadania opowiedziała mi o swoich walkach z Królewskim Cycem, belgijską zapaśniczką, która co dzień pochłaniała trzy kilo surowego mięsa, podlewając je beczką piwa; podobno tym, co miała najmocniejsze, był jej oddech, z powodu mięsno-piwnej fermentacji: już on sam zwalał przeciwniczki z nóg.
Żeby ją pobić, ciocia Róża musiała wprowadzić nową taktykę: założyć kominiarkę, nasączyć ją lawendą i przybrać imię Dręczycielki z Carpentras. Bo w zapasach, jak zawsze powtarza, trzeba mieć także dobrze umięśniony mózg.
- Kogo naprawdę lubisz, Oskarze?
- Tutaj? W szpitalu?
- Tak
- Bekona, Einsteina, Pop Corna.
- A z dziewcząt?
Kompletnie mnie wcięło. Nie miałem ochoty odpowiadać. Ale ciocia Róża czekała, a przed byłą zapaśniczką międzynarodowej klasy nie można zbyt długo robić z siebie idioty.
- Peggy Blue.
Peggy Blue to niebieska dziewczynka. Mieszka w przedostatniej sali, na końcu korytarza. Uśmiecha się miło, ale prawie się nie odzywa. Wygląda jak wróżka, która wpadła na chwilę do szpitala, żeby odpocząć. Ma skomplikowaną chorobę, niebieską chorobę, jakiś problem z krwią, co powinna płynąć do płuc, ale nie płynie i przez to skóra nabiera niebieskawej barwy. Czeka na operację mającą sprawić, że stanie się różowa. Ja uważam, że to szkoda, Peggy Blue bardzo mi się podoba w błękitach. Jest wokół niej wielka cisza i mnóstwo światła, człowiek ma wrażenie, że wchodzi do kaplicy.
- Powiedziałeś jej o tym?
- Przecież nie stanę przed nią i nie powiem: „Peggy Blue, bardzo cię lubię”.
- Owszem. Czemu tego nie robisz?
-  Nie wiem nawet, czy ona wie o moim istnieniu.
- Tym bardziej.
- Widzisz, jak wyglądam? Musiałaby lubić istoty pozaziemskie, a w to raczej wątpię.
- Mnie się bardzo podobasz, Oskarze.
Trochę mnie tym ciocia Róża speszyła. Miło jest słyszeć takie rzeczy, człowiek dostaje gęsiej skórki, tylko że nie bardzo wiadomo, co odpowiedzieć.
- Nie chcę jej czarować wyglądem, ciociu.
- Co do niej czujesz?
- Chciałbym bronić jej przed duchami.
- Jak to? Są tutaj duchy?
- Tak. Co noc. Budzą nas, nie wiadomo dlaczego. Cierpimy, bo nas szczypią. Boimy się, bo ich nie widać. Trudno nam z powrotem zasnąć.
- A do ciebie często przychodzą?
- Nie. Ja mam głęboki sen. Ale nieraz słyszę, jak Peggy Blue krzyczy w nocy. Chciałbym jej bronić.
- Idź i jej to powiedz.
- I tak nie będę mógł tego robić, bo w nocy nie wolno nam wychodzić z pokojów. Takie są przepisy.
- A czy duchy znają te przepisy? Na pewno nie. Więc skoro usłyszą, jak obiecujesz Peggy Blue, że będziesz stał na warcie, aby jej przed nimi bronić, nie ośmielą się przyjść dzisiaj wieczór.
- Uhu...
- Ile masz lat, Oskarze?
- Nie wiem. Która godzina?
- Dziesiąta. Zbliżasz się do piętnastu lat. Nie sądzisz, że czas już mieć odwagę wyrazić swoje uczucia?
O wpół do jedenastej zdecydowałem się i poszedłem pod drzwi jej pokoju, które były otwarte.
- Cześć, Peggy, to ja, Oskar.
Leżała na łóżku jak Królewna Śnieżka czekająca na swojego królewicza, kiedy tym bałwanom krasnoludkom wydaje się, że nie żyje, Królewna Śnieżka jak na zdjęciach, na których śnieg jest niebieski, a nie biały.
Odwróciła się do mnie, a ja zacząłem się zastanawiać, czy weźmie mnie za królewicza czy za jednego z krasnoludków. Postawiłbym krzyżyk raczej przy „krasnoludku” z powodu mojej jajowatej głowy, ale ona nic nie powiedziała, i to właśnie jest fajne z Peggy Blue, że nigdy nic nie mówi i wszystko jest tajemnicze.: - Przyszedłem ci powiedzieć, że jeśli chcesz, dzisiaj i przez następne wieczory będę stał na straży przed twoim pokojem, żeby bronić cię przed duchami.
Spojrzała na mnie, zatrzepotała rzęsami i było tak, jakby film przesuwał się w zwolnionym tempie, powietrze stawało się coraz gęstsze, cisza coraz bardziej cicha, jakbym szedł przez wodę i nagle wszystko się odmieniło, kiedy zbliżyłem się do jej łóżka skąpanego w padającym nie wiadomo skąd świetle.
- Chwileczkę, Jajogłowy: ja będę pilnował Peggy!
Pop Corn stał w drzwiach, a raczej wypełniał sobą drzwi. Zadrżałem. Jasne, że jeśli on będzie pełnił straż, żaden duch na pewno się nie przeciśnie. i Pop Corn mrugnął do Peggy.
- Prawda, Peggy? Jesteśmy przecież kumplami!
Peggy spojrzała w sufit. Pop Corn uznał to za potwierdzenie i wyciągnął mnie na korytarz.
- Jak chcesz mieć dziewczynę, to weź sobie Sandrine. Peggy jest już zajęta.
- Jakim prawem?
- Takim, że byłem pierwszy. Jak ci się nie podoba, to możemy się bić.
- Podoba mi się, w porządku.
Byłem trochę zmęczony, więc poszedłem usiąść sobie na chwilę w świetlicy. Właśnie była tam Sandrine. Sandrine ma białaczkę, tak samo jak ja, ale u niej leczenie przynosi efekty. Nazywamy ją Chinką, bo nosi perukę z czarnych błyszczących sztywnych włosów z grzywką, przez co wygląda jak Chinka. Spojrzała na mnie, zrobiła balon z gumy do żucia i strzeliła z niego.
- Chcesz, to możesz mnie pocałować.
- Dlaczego? Nie wystarczy ci guma do żucia.?
- Nawet byś nie potrafił, głupku. Jestem pewna, że nigdy jeszcze tego nie robiłeś.
- Rozśmieszasz mnie. Mam piętnaście lat i nieraz już to robiłem.
- Masz piętnaście lat? - pyta, zdziwiona. Spoglądam na zegarek.
- Tak. Skończone.
- Zawsze marzyłam o tym, żeby mnie pocałował taki duży piętnastoletni chłopak.
- Jasne, kto by nie chciał - mówię.
Wtedy ona robi niesamowitą minę, wysuwa wargi do przodu, wygląda jak przyklejona do szyby przyssawka; domyślam się, że czeka na pocałunek.
Odwracam się i widzę gapiących się na mnie kumpli. Nie mogę stchórzyć. Muszę zachować się jak mężczyzna. Nadeszła pora.
Podchodzę i obejmuję ją. Oplata mnie ramionami, wpija się w moje usta, nie mogę się od niej odkleić i nagle, bez uprzedzenia, wpycha mi do buzi swoją gumę. Zaskoczony, od razu ją połknąłem. Byłem wściekły.
W tej samej chwili czyjaś dłoń klepnęła mnie po plecach. Nieszczęścia zawsze chodzą parami: moi rodzice. Zapomniałem, że jest niedziela!
- Przedstawisz nam swoją przyjaciółkę, Oskarze?
- To nie jest moja przyjaciółka.
- Może jednak nam ją przedstawisz?
- Sandrine. Moi rodzice. Sandrine.
- Miło mi państwa poznać - mówi Chinka z rozanieloną miną. Chętnie bym ją udusił.
- Chcesz, żeby Sandrine poszła z nami do twojego pokoju?
- Nie. Sandrine tu zostaje.
Kiedy znalazłem się w łóżku, poczułem, że jestem zmęczony, i trochę się zdrzemnąłem. W każdym razie nie miałem ochoty z nimi rozmawiać.
Kiedy się obudziłem, okazało się oczywiście, że przywieźli mi prezenty. Odkąd jestem na stałe w szpitalu, moim rodzicom jakoś nie idą rozmowy; więc przywożą mi prezenty i spędzamy beznadziejne popołudnia na czytaniu reguł gry i instrukcji. Ojciec jest nieustraszony: nawet kiedy napisane są po turecku albo po japońsku, nie traci ducha, skupia się na rysunkach. Jest mistrzem świata w zatruwaniu niedzielnego popołudnia.
Dzisiaj przywiózł mi odtwarzacz płyt. Nie mogę się przyczepić, bo chciałem go dostać.
- Nie było was wczoraj?
- Wczoraj? Dlaczego? Możemy przyjeżdżać tylko w niedziele. Dlaczego o to pytasz?
- Ktoś widział na parkingu wasz samochód.
- Czy to jeden czerwony jeep na świecie? Samochody się powtarzają.
- Uhu. Tylko rodziców ma się jednych. Szkoda.
Zatkało ich. Więc wziąłem odtwarzacz i dwa razy przesłuchałem płytę, Dziadka do orzechów, ciurkiem, w ich obecności. Dwie godziny, w czasie których nie mogli się odezwać. Dobrze im tak.
- Podoba ci się?
- Tak. Chce mi się spać.
Zrozumieli, że powinni już iść. Strasznie im było ciężko. Nie mogli się zdecydować. Czułem, że chcą mi coś powiedzieć, ale nie dają rady. Przyjemnie było patrzeć, jak oni z kolei się męczą.
Potem matka przytuliła się do mnie, uścisnęła mnie mocno, bardzo mocno, i powiedziała urywanym głosem:
- Kocham cię, Oskarku, tak bardzo cię kocham.
Miałem ochotę się opierać, ale w ostatniej chwili dałem spokój, przypomniały mi się dawne czasy, czasy prostych, nieskomplikowanych pieszczot, kiedy w jej głosie nie było niepokoju, gdy mówiła mi, że mnie kocha.
Potem chyba się trochę zdrzemnąłem.
Ciocia Róża to mistrzyni przebudzeń. Zawsze dobiega do mety, kiedy otwieram oczy. I zawsze się wtedy uśmiecha.
- Jak tam rodzice?
- Jak zawsze, beznadziejni. Ale dali mi Dziadka do orzechów.
- Dziadka do orzechów? Ciekawe. Miałam koleżankę, która się tak nazywała. Niesamowita zawodniczka. Gruchotała ci kości udami. A Peggy Blue, byłeś u niej?
- Nie mówmy o tym. Jest zaręczona z Pop Cornem...
- Powiedziała ci to?
- Nie. On mi powiedział,
- Przechwala się!
- Nie sądzę. Jestem pewien, że podoba jej się bardziej ode mnie, jest silniejszy, bardziej opiekuńczy.
- Przechwala się, mówię ci! Ja, która na ringu wyglądałam jak myszka, zwyciężałam zapaśniczki podobne do wielorybów albo hipopotamów. Na przykład taką Plum Pudding, Irlandkę, sto pięćdziesiąt kilo na czczo w samych majteczkach przed wypiciem guinessa, przedramiona jak moje uda, bicepsy jak szynki, nogi, których nie mogłam objąć rękami. Bez talii, bez możliwości uchwycenia. Nie do pobicia!
- I co zrobiłaś?
- Kiedy nie ma chwytu, to znaczy, że jest krągłość, która będzie się turlać. Trochę ją przegoniłam, a potem przewróciłam. Trzeba było ściągnąć kołowrót, żeby ją podnieść. Ty, Oskarku, masz drobne kości i niezbyt dużo mięśni, to fakt, ale urok to nie tylko sylwetka i mięśnie, to także zalety serca. A tych masz w sobie pełno.
- Ja?
- Idź do Peggy Blue i powiedz jej, co ci leży na sercu.
- Jestem trochę zmęczony.
- Zmęczony? Ile masz teraz lat? Osiemnaście? Jak się ma osiemnaście lat, to nie wie się, co to zmęczenie.
Ciocia Róża potrafi czasem coś tak powiedzieć, że człowiek dostaje kopa.
Zapadł wieczór, w półmroku wszystkie odgłosy rozbrzmiewały głośniej,
a w linoleum korytarza odbijał się blask księżyca.
Wszedłem do Peggy i wręczyłem jej mój odtwarzacz.
- Masz. Posłuchaj „Walca śnieżynek”. Jest taki ładny, że kiedy go słucham, myślę o tobie.
Peggy wysłuchała „Walca śnieżynek”. Uśmiechała się, jakby ta melodia była jej starą koleżanką szepczącą jej do ucha śmieszne rzeczy.
Zwróciła mi aparat i powiedziała:
- Piękny.
To było jej pierwsze słowo. Fajne, nie uważasz?
- Peggy Blue, chciałbym ci coś powiedzieć: nie chcę, żeby cię operowano. Wyglądasz bardzo ładnie. Do twarzy ci w niebieskim.
Widziałem, że sprawia jej to przyjemność. Nie dlatego to powiedziałem, ale jasne było, że jest zadowolona.
- Chcę, żebyś to ty, Oskarze, bronił mnie przed duchami.
- Możesz na mnie liczyć, Peggy.
Byłem cholernie dumny. W końcu to ja wygrałem!
- Pocałuj mnie.
Pocałunki to jakaś obsesja u dziewczyn, naprawdę muszą tego potrzebować. Ale Peggy, w przeciwieństwie do Chinki, nie jest zboczona, nadstawiła policzek i muszę przyznać, że zrobiło mi się ciepło, kiedy ją całowałem.
- Dobranoc, Peggy.
- Dobranoc, Oskarze.
I tak, Panie Boże, wyglądał mój dzień. Rozumiem teraz, że dorastanie to tak zwany niewdzięczny wiek. Bo naprawdę jest ciężko. Ale w końcu, kiedy się dojdzie do dwudziestki, wszystko się jakoś układa. Więc przedstawiam Ci moją dzisiejszą prośbę: chciałbym, żebyśmy się z Peggy pobrali. Nie jestem pewien, czy małżeństwo należy do spraw duchowych, czy to Twoja branża. Czy spełniasz takie życzenia, trochę jak agencja matrymonialna? Jeśli nie masz tego w ofercie, powiedz mi szybko, żebym mógł zwrócić się do właściwej osoby. Nie chciałbym Cię pospieszać, ale przypominam, że nie mam dużo czasu. A więc: małżeństwo Oskara z Peggy Blue. Tak albo nie. Zorientuj się, co się da zrobić, bardzo by mnie to urządzało.
Do jutra, całusy, Oskar.

PS: Jaki właściwie jest Twój adres?


"Pan jest blisko skruszonych w sercu i wybawia złamanych na duchu." / "...dla tej miłości warto żyć..."

Offline

 

#43 2009-05-25 20:02:04

sprężynka

Owieczka

859392
Skąd: Budziszewo/Grębocin
Zarejestrowany: 2009-03-15
Posty: 124
Punktów :   

Re: OSKAR I PANI RÓŻA

C.D. ^^

Szanowny Panie Boże,
  Załatwione, jesteśmy małżeństwem. Dzisiaj dwudziesty pierwszy grudnia, zbliżam się do trzydziestki i właśnie się ożeniłem. Jeśli chodzi o
dzieci, postanowiliśmy z Peggy Blue, że pomyślimy o nich później. Szczerze mówiąc, sądzę, że nie jest jeszcze gotowa.
  To się stało dziś w nocy. Około pierwszej usłyszałem krzyki Peggy Blue. Od razu usiadłem na łóżku. Duchy! Duchy znęcają się nad Peggy Blue, a przecież obiecałem, że będę jej pilnować. Zobaczy, że jestem dupkiem, więcej się do mnie nie odezwie i będzie miała rację.
  Wstałem i poszedłem w stronę wrzasków. Kiedy znalazłem się przed pokojem Peggy, zobaczyłem, że siedzi na łóżku i patrzy na mnie zdziwiona. Ja też pewnie miałem zdziwioną minę, bo przede mną siedziała Peggy Blue z zamkniętymi ustami, a przecież wciąż słyszałem krzyki.
  Wtedy ruszyłem do następnych drzwi i zrozumiałem, że to Bekon wije się z bólu w łóżku z powodu swoich oparzeń. Przez chwilę zrobiło mi się głupio, pomyślałem o dniu, w którym podpaliłem dom, kota, psa, kiedy nawet upiekłem złote rybki - to znaczy myślę, że raczej się; ugotowały - pomyślałem o tym, co przeżyli, i powiedziałem sobie, że w sumie chyba lepiej, że nie żyją, niż gdyby mieli cierpieć tak jak Bekon mimo przeszczepów i kremów.
  Bekon zwinął się w kłębek i przestał jęczeć. Wróciłem do Peggy Blue.
  - Więc to nie ty, Peggy. Zawsze myślałem, że to ty krzyczysz w nocy.
  - A ja myślałam, że ty.
  Byliśmy strasznie przejęci tym, co się dzieje, i tym, co sobie mówimy: okazało się, że od dawna o sobie myśleliśmy.
  Peggy Blue zrobiła się jeszcze bardziej niebieska, co oznaczało u niej, że jest skrępowana.
  - Co teraz zrobisz, Oskar?
  - A ty, Peggy?
  Niesamowite, ile mamy wspólnych punktów - te same myśli, te same pytania.
  - Chcesz ze mną spać?
  Dziewczyny są obłędne. Ja zastanawiałbym się godzinami, tygodniami, miesiącami, zanim bym wypowiedział takie zdanie. Ona rzuciła je
najnaturalniej w świecie, jak gdyby nigdy nic.
  - O.K.
  I wszedłem do jej łóżka. Było nam trochę ciasno, ale spędziliśmy cudowną noc. Peggy Blue pachnie orzechami laskowymi i ma skórę tak gładką jak ja pod pachami, z tym że u niej tak jest wszędzie. Dużo spaliśmy, dużo marzyliśmy, leżeliśmy blisko siebie, przytuleni, opowiedzieliśmy sobie swoje życie.
  Oczywiście rano, kiedy pani Gommette, przełożona pielęgniarek, znalazła nas razem, zrobił się niezły cyrk. Zaczęła strasznie krzyczeć,
pielęgniarka z nocnego dyżuru także zaczęła krzyczeć, krzyczały jedna na drugą, potem na Peggy, potem na mnie, trzaskały drzwi, one brały innych na świadków, nazywały nas „nieszczęsnymi dziećmi”, chociaż byliśmy bardzo szczęśliwi, i w końcu musiała przyjść ciocia Róża, żeby zakończyć przedstawienie.
  - Odczepicie się wreszcie od tych dzieci? - zapytała. - O kogo się macie troszczyć, o pacjentów czy o przepisy? Ja mam w nosie przepisy, olewam je. A teraz cisza. Idźcie się kłócić gdzie indziej. To nie jest właściwe miejsce.
  Na to nie było odpowiedzi, jak zawsze, kiedy ciocia Róża coś powie. Zaprowadziła mnie do pokoju i trochę się zdrzemnąłem.
  Kiedy się obudziłem, mogliśmy porozmawiać.
  - Więc to poważna sprawa, ty i Peggy?
  - Jeszcze jak, ciociu. Jestem cholernie szczęśliwy. Pobraliśmy się dzisiaj w nocy.
  - Pobraliście się?
  - Tak. Robiliśmy wszystko, co robią mężczyzna, i kobieta, kiedy są małżeństwem.
  - Tak?
  - A co ty sobie myślisz? Która to teraz godzina? - skończyłem dwadzieścia lat i mam swoje życie, no nie?
  - Jasne.
  - Poza tym, wyobraź sobie, wszystko, co dawniej, kiedy byłem młody, wydawało mi się ohydne, na przykład pocałunki, pieszczoty, teraz mi się podoba. Niesamowite, jak człowiek się zmienia, prawda?
  - Bardzo się cieszę, Oskarze. Doroślejesz.
  - Jednego tylko nie zrobiliśmy, pocałunku z języczkiem. Peggy Blue bała się, że od tego może zajść w ciążę. Jak sądzisz?
  - Myślę, że ma rację.
  - Tak? Można mieć dzieci, jeśli pocałuje się kogoś w usta? W takim razie będę miał dzieci z Chinką.
  - Nie martw się, Oskarze, to mało prawdopodobne. Bardzo mało.
  Ciocia Róża sprawiała wrażenie, że jest pewna tego, co mówi, więc trochę się uspokoiłem, bo przyznam Ci się, Panie Boże, ale tylko Tobie, że z Peggy Blue raz, dwa, a może i więcej, wsunęliśmy jednak język.
  Trochę pospałem. Potem zjedliśmy z ciocią Różą obiad i poczułem się lepiej.
  - Niesamowite, jak zmęczony byłem dzisiaj rano.
  - To normalne, między dwudziestym a dwudziestym piątym rokiem życia często wychodzi się po nocach, baluje, prowadzi hulaszcze życie.
Za to wszystko trzeba potem płacić. To co, pójdziemy odwiedzić Pana Boga?
  - Masz babo placek! A wiesz, gdzie mieszka?
  - Myślę, że jest w kaplicy.
                                           C.D.N.

o wizycie w kaplicy w następnej części listu miłego czytania


"Pan jest blisko skruszonych w sercu i wybawia złamanych na duchu." / "...dla tej miłości warto żyć..."

Offline

 

#44 2009-05-28 21:46:13

sprężynka

Owieczka

859392
Skąd: Budziszewo/Grębocin
Zarejestrowany: 2009-03-15
Posty: 124
Punktów :   

Re: OSKAR I PANI RÓŻA

Oto dalsza część
C.D.
Ciocia Róża ubrała mnie, jakbyśmy się wybierali na biegun północny, mocno mnie uścisnęła i zaprowadziła do kaplicy, która stoi w głębi szpitalnego parku za oszronionymi teraz trawnikami, zresztą nie muszę Ci tłumaczyć, gdzie, skoro to jest Twój dom.
Kompletnie zbaraniałem, kiedy zobaczyłem Twój posąg, stan, w jakim się znajdujesz, przykuty do krzyża, prawie goły, wychudzony, z ranami na ciele, twarzą, po której spływa krew od cierni i głową ledwie trzymającą się na szyi. Pomyślałem o sobie. I zezłościłem się. Gdybym był Bogiem, jak Ty, na pewno nie dałbym się tak załatwić.
  - Ciociu Różo, porozmawiajmy poważnie: ty, która jesteś zawodniczką, która byłaś wielką mistrzynią, nie powiesz mi chyba, że w coś takiego wierzysz!
  - Dlaczego, Oskarze? Czy łatwiej byłoby ci uwierzyć, że to Pan Bóg, gdybyś zobaczył kulturystę w kokieteryjnych slipkach, z misternie
wyrzeźbionym torsem, wydatnymi muskułami, błyszczącą od oliwy skórą i krótko obciętymi włosami?
  - No...
  - Zastanów się, Oskarze. Który z nich wydaje ci się bliższy? Bóg, który nic nie czuje, czy Bóg, który cierpi?
  - Ten, który cierpi, oczywiście. Ale gdybym był nim, gdybym był Bogiem, gdybym miał takie możliwości jak on, uniknąłbym cierpienia.
  - Nikt nie może uniknąć cierpienia. Ani Bóg, ani ty. Ani twoi rodzice, ani ja.
  - No, dobrze. Ale dlaczego cierpimy?
  - Właśnie. Jest cierpienie i cierpienie. Popatrz uważnie na jego twarz. Przyjrzyj mu się. Widać po nim, że cierpi?
  - Nie. To ciekawe. W ogóle po nim nie widać.
  - Bo są dwa rodzaje bólu, Oskarku. Cierpienie fizyczne i cierpienie duchowe - Cierpienie fizyczne się znosi. Cierpienie duchowe się wybiera.
  - Nie rozumiem.
  - Jeśli wbijają ci gwoździe w nadgarstki i stopy, nie masz innego wyjścia, musisz odczuwać ból. Znosisz go. Natomiast myśl o śmierci nie musi powodować bólu. Nie wiesz, czym jest. Wszystko zależy od ciebie.
  - A znasz ludzi, którzy cieszą się na myśl o tym, że umrą?
  - Owszem, znam. Na przykład moja matka. Na łożu śmierci łakomie się uśmiechała, niecierpliwiła się, spieszno jej było zobaczyć, co będzie potem.
  Nie znajdowałem więcej argumentów. A ponieważ chciałem usłyszeć, co dalej, przez chwilę milczałem, zastanawiając się nad tym, co mi
powiedziała.
  - Jednak większość ludzi nie ma w sobie tej ciekawości. Czepiają się tego, co mają, jak wesz w uchu łysego. Weź na przykład taką Plum Pudding, moją irlandzką rywalkę, sto pięćdziesiąt kilo na czczo, w figach, przed wypiciem pierwszego guinessa. Zawsze mi powtarzała: „Przykro mi, ja nie umrę, nie zgadzam się, niczego nie podpisywałam”. Oszukiwała się. Nikt jej nie obiecywał, że życie będzie trwać wiecznie! Jednak z uporem w to wierzyła, buntowała się, nie dopuszczała do siebie myśli, że umrze, wściekała się, wpadła w depresję, schudła, odeszła z zawodu, ważyła już tylko trzydzieści pięć kilo, wyglądała Jak patyczek i w końcu umarła. Widzisz, umarła jak wszyscy, ale myśl o tym, że umrze, zatruła jej życie.
  - Głupia była ta Plum Pudding, ciociu.
  - Jak but. Ale butów jest niezliczona ilość. Są bardzo rozpowszechnione.
  Też kiwnąłem głową, bo w sumie się z nią zgadzałem.
  - Ludzie boją się umierać, bo odczuwają lęk przed nieznanym. Ale właśnie, co to jest nieznane? Proponuję ci, Oskarze, żebyś się nie bał, żebyś był ufny. Spójrz na twarz Pana Boga na krzyżu: znosi cierpienie fizyczne, ale nie cierpi duchowo, bo ufa. I nawet gwoździe już mu tak nie doskwierają. Powtarza sobie: boli mnie, ale nie ma w tym nic złego. To są korzyści, które przynosi wiara. I to właśnie chciałam ci pokazać.
  - O.K., ciociu Różo, jak będę miał pietra, zmuszę się, żeby wierzyć.
  Pocałowała mnie. Ostatecznie dobrze czuliśmy się w tym pustym kościele z Tobą, Boże, który wyglądałeś tak spokojnie.
Po powrocie długo spałem. Coraz częściej chce mi się spać. Kiedy się obudziłem, powiedziałem do cioci Róży:
  - Właściwie nie boję się nieznanego. Tylko trochę szkoda mi tracić to, co znam.
  - Tak samo jest ze mną, Oskarze. Co byś powiedział na to, żebyśmy zaprosili Peggy Blue na herbatę?
  Peggy Blue wypiła z nami herbatę, polubiły się z ciocią Różą i nieźle się uśmialiśmy, kiedy ciocia opowiedziała nam o swojej walce z Siostrami Siuśkami, trojaczkami, które udawały, że są jedną. Po każdej rundzie Siuśka, która zmęczyła przeciwniczkę, skacząc na nią ze wszystkich stron, schodziła z ringu, żeby rzekomo zrobić siusiu, i biegła do toalety, a wracała jej siostra, w pełnej formie, gotowa do dalszej walki. I tak dalej. Wszyscy myśleli, że jest tylko jedna Siuśka, i że taka z niej niezmordowana zawodniczka. Ciocia Róża odkryła, co jest grane, zamknęła obie zastępczynie w ubikacji, wyrzuciła klucz przez okno i pokonała tę, która została. Zapasy to niegłupi sport.
  Potem ciocia Róża sobie poszła. Pielęgniarki pilnują Peggy Blue i mnie, jakbyśmy byli pociskami mogącymi w każdej chwili wybuchnąć. A przecież mam trzydzieści lat, do cholery! Peggy Blue przysięgła mi, że dziś wieczór to ona przyjdzie do mnie, jak tylko będzie mogła, a ja przysiągłem jej, że tym razem nie będę jej wkładał języka.
Bo fakt, że to nie sztuka mieć dzieci, ale trzeba jeszcze mieć czas, żeby je wychować.
To tyle, Panie Boże. Nie wiem, o co Cię prosić dziś wieczorem, bo to był piękny dzień. Chociaż tak. Spraw, żeby jutrzejsza operacja Peggy Blue przebiegła pomyślnie. Nie tak jak moja, jeśli rozumiesz, co chcę powiedzieć.
                                                                 

                                    Do jutra, całusy, Oskar.
   

PS: Operacje to nie są sprawy duchowe może nie masz tego na
składzie. Więc spraw, żeby niezależnie od tego, jaki będzie wynik operacji,
Peggy Blue dobrze go przyjęła. Liczę na Ciebie.
                                                                                    [...] C.D.N.

Ostatnio edytowany przez sprężynka (2009-05-28 21:49:36)


"Pan jest blisko skruszonych w sercu i wybawia złamanych na duchu." / "...dla tej miłości warto żyć..."

Offline

 

#45 2009-06-13 16:56:24

sprężynka

Owieczka

859392
Skąd: Budziszewo/Grębocin
Zarejestrowany: 2009-03-15
Posty: 124
Punktów :   

Re: OSKAR I PANI RÓŻA

C.D.         Miłego czytania

Szanowny Panie Boże,
   Peggy Blue była dzisiaj operowana. Przeżyłem dziesięć strasznych lat. Ciężko jest być trzydziestolatkiem, to czas pełen trosk i obowiązków.
   Ostatecznie Peggy Blue nie mogła przyjść do mnie dzisiaj w nocy, bo pani Ducru, dyżurna pielęgniarka, została z nią w pokoju, żeby przygotować Peggy do narkozy. Zabrano ją koło ósmej. Serce mi się ścisnęło na widok Peggy, kiedy ją przewożono na wózku, jest taka mała i szczuplutka, że ledwie ją było widać spod szmaragdowych prześcieradeł.
   Ciocia Róża trzymała mnie za rękę, żebym się nie denerwował.
   - Czemu twój Pan Bóg, ciociu, pozwala, żeby istnieli tacy ludzie jak Peggy i ja?
   - Całe szczęście, że powołuje was do życia, Oskarku, bo bez was świat nie byłby taki piękny.
   - Nie. Nie rozumiesz. Dlaczego Pan Bóg pozwala, żebyśmy byli chorzy? Albo jest zły, albo nie jest aż taki mocny.
   - Oskarze, z chorobą jest jak ze śmiercią. Jest faktem, nie jest żadną karą.
   - Od razu widać, że nie jesteś chora!
   - Co możesz o tym wiedzieć?
   Kompletnie mnie zatkało. Nigdy nie pomyślałem, że ciocia Róża, która zawsze ma czas i jest taka troskliwa, może też mieć jakieś problemy.
   - Nie musisz nic przede mną ukrywać, ciociu, możesz mi wszystko powiedzieć. Mam co najmniej trzydzieści dwa lata, raka, żonę na sali
operacyjnej, więc znam trochę życie.
   - Kocham cię, Oskarze.
   - Ja ciebie też. Co mogę dla ciebie zrobić, jeśli masz jakieś kłopoty? Chcesz, żebym cię adoptował?
   - Adoptował?
   - Tak, adoptowałem już Bernarda, kiedy zobaczyłem, że ma chandrę.
   - Bernarda?
   - Mojego miśka. O tam! Leży w szafie. Na półce. To mój stary misiek, nie ma już oczu ani buzi, ani nosa, stracił połowę waty, którą był wypchany, i wszędzie ma pełno blizn. Trochę do ciebie podobny. Adoptowałem go tego wieczoru, kiedy ci idioci, moi rodzice, przynieśli mi nowego miśka. Jakbym mógł zgodzić się na to, że będę miał nowego miśka! Szkoda, że przy okazji mnie też nie zamienili na całkiem nowego braciszka! Wtedy go adoptowałem. I jemu, Bernardowi, zapiszę wszystko, co mam. Ciebie też chciałbym zaadoptować, jeżeli to cię uspokoi.
   - Tak. Bardzo chętnie. Myślę, że to by mnie uspokoiło, Oskarze.
   - To przybij piąchę, ciociu.
   Potem poszliśmy przygotować pokój Peggy, położyć czekoladki i postawić kwiaty, żeby czekały na nią, jak wróci.
   Potem znowu spałem. Niesamowite, ile ja teraz sypiam.
   Przed wieczorem ciocia Róża obudziła mnie, mówiąc, że Peggy Blue jest już z powrotem i że operacja się udała. Poszliśmy razem ją odwiedzić. Przy łóżku stali jej rodzice. Nie wiem, kto ich uprzedził, Peggy czy ciocia Róża, ale wyglądało na to, że wiedzą, kim jestem, traktowali mnie z dużym szacunkiem, postawili dla mnie krzesło między sobą, tak że mogłem posiedzieć przy żonie razem z teściami.
   Cieszyłem się, bo Peggy wciąż była niebieskawa. Doktor Dusseldorf zajrzał na chwilę, potarł sobie brwi i powiedział, że za parę godzin to się zmieni. Spojrzałem na matkę Peggy, która nie jest niebieska, a mimo to jest bardzo ładna i pomyślałem, że właściwie moja żona Peggy może mieć kolor, jaki zechce, a ja i tak będę ją kochał.
   Peggy otworzyła oczy, uśmiechnęła się do nas, do mnie, do swoich rodziców, a potem znowu zasnęła.
   Jej rodzice byli spokojni, ale musieli jechać.
   - Powierzamy ci naszą córkę - powiedzieli mi. - Wiemy, że możemy na ciebie liczyć.
   Z ciocią Różą poczekaliśmy, aż Peggy otworzy oczy po raz drugi, a potem poszedłem do siebie odpocząć.
   Kończąc ten list, zdaję sobie sprawę, że ostatecznie dzisiejszy dzień przeszedł dobrze. Pod znakiem rodziny. Adoptowałem ciocię Różę,
zaprzyjaźniłem się z teściami i odzyskałem żonę w dobrym zdrowiu, chociaż około jedenastej zrobiła się różowa.
                       Do jutra, całusy, Oskar.

PS: Dzisiaj Cię o nic nie proszę. Będziesz mógł sobie odpocząć.


                                                                                           [...] CDN


"Pan jest blisko skruszonych w sercu i wybawia złamanych na duchu." / "...dla tej miłości warto żyć..."

Offline

 
spotkanie Taize

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
www.lustra-drogowe.com.pl Zakładanie firm założenie spółki handlowej Skup laptopów ursus